Magury
Miejsce, do którego wracam — żeby pomyśleć, popracować w ciszy, posłuchać starych historii albo po prostu patrzeć, jak mgła otula dolinę Popradu.
Z jednej strony widać stąd pasmo Radziejowej, z drugiej Jaworzynę Krynicką. W dole, niewidoczny zza lasu, płynie Poprad, a nad nim rozłożyła się Piwniczna-Zdrój. To strony, z których pochodzą moi przodkowie — górale znad Popradu, nazywani też czarnymi góralami.
Chata stoi na wysokości około 800 m n.p.m., na zboczu Eliaszówki (1023 m n.p.m.) — najwyższego szczytu Gór Lubowelskich, pasma będącego geograficznym przedłużeniem Pasma Radziejowej w kierunku wschodnim, na granicy polsko-słowackiej. To już nieco dziksza, mniej znana część Beskidu Sądeckiego — puste, faliste grzbiety, hale i polany, coraz bardziej zarastające lasem, odkąd zanikł tu tradycyjny wypas.
Z okolic chaty roztaczają się dwa zupełnie różne widoki. W jedną stronę — Radziejowa, najwyższy i najbardziej rozpoznawalny szczyt Beskidu Sądeckiego. W drugą — łagodne pasmo Jaworzyny Krynickiej. Pomiędzy nimi, w dole, płynie Poprad — z chaty go nie widać, ale to on wyznacza rytm okolicy, a nad jego brzegiem leży Piwniczna-Zdrój.
„Latem łąki wokół chaty pełne są traw i polnych kwiatów, jesienią i o poranku doliną snuje się mgła, a wieczorami słońce chowa się za Obidzą. To miejsce, które zmienia się z każdą porą dnia i roku — i za każdym razem wygląda inaczej.”
Motto tego miejsca towarzyszy mi od ponad 20 lat. Kiedy jeszcze nie miałem domu, a o swoim miejscu w górach marzyłem, poprosiłem rzeźbiarza z Bielska-Białej, pana Edwarda Stanclika o napis na jesionowej desce przywiezionej z Zaczerczyka, sąsiedniego przysiółka. Ten napis jest ze mną do dzisiaj.
Czas na marzenia i zwolnienie biegu
Hasło „Trzeba umieć marzyć” towarzyszy mi od tamtego czasu, ujawniając coraz to nowe znaczenia. To właśnie te słowa najlepiej opisują, po co powstaje ta strona.
Chata na Magurach to miejsce, w którym łatwo zwolnić, popatrzeć na góry i pozwolić sobie na to, czego na co dzień często brakuje — czasu na marzenia. Tu piszę, odpoczywam, czasem pracuję. I chętnie dzielę się tym miejscem z innymi — bardziej i mniej znajomymi gośćmi, którzy tu trafiają.
Nazwa przysiółka — Magury — nie jest przypadkowa. To słowo pochodzenia wołoskiego, które w języku dawnych karpackich pasterzy oznaczało samotny, wyodrębniony masyw górski, wybijający się ponad okoliczny teren.
Wołosi, wędrowni pasterze przemierzający Karpaty od Bałkanów aż po Beskidy, zostawili po sobie w tych górach mnóstwo takich nazw — magury, kiczery, przysłopy, połoniny. Większość z nich do dziś opisuje krajobraz, choć niewielu wie już, skąd się właściwie wzięły. Nazwa tego miejsca jest małą historią i śladem ludzi, którzy szli przez te góry na długo przed chatą.
Ślad wołoskiego osadnictwa pasterskiego
Moje rodzinne korzenie sięgają właśnie tych stron — okolic Piwnicznej i doliny Popradu. To ziemia górali nadpopradzkich, nazywanych też czarnymi góralami lub góralami rytersko-piwniczańskimi.
To odrębna grupa etnograficzna — inna niż górale łąccy czy podhalańscy. Nazwa „czarni” wzięła się od stroju: ciemnobrązowego, niemal czarnego sukna, z którego szyto tu ubrania. Żyli z pasterstwa, uprawy roli na stromych polach i pracy w lesie. Zostawili po sobie bogatą gwarę, pieśni i opowieści, które chcę na tej stronie powoli ocalać od zapomnienia.
Region rytersko-piwniczański • Nadpopradzie
Każde zdjęcie to zapisany moment: światło w sieni, zapach deszczu
na świerkowych belkach i jesienne mgły nad Popradem.
Ta strona dopiero powstaje — będzie rosnąć razem z historiami, które chcę tu opowiedzieć: o tym miejscu, o górach dookoła i o ludziach z nim związanych, dawnych i dzisiejszych. Historiami Przechodniów, których zauważony nad drzwiami napis na chwilę zatrzymał, być może zastanowił lub zmienił. Jeśli trafiliście tu przypadkiem albo szukaliście czegoś o Magurach, Eliaszówce czy góralach znad Popradu — zapraszam do zaglądania częściej.